180 sekund (2012) online pl HD

180-sekund180 sekund – tyle ma filmowa szajka Zico, żeby opróżnić bankową kasę. 60 sekund – w takim mniej więcej czasie powinniśmy się zorientować, że oglądamy knota. Jeśli w porę się nie wycofamy, czeka nas półtorej godziny drewnianego aktorstwa, skleconego na kolanie scenariusza i wyjątkowo nudnych dialogów. Tradycja kolumbijskich oper mydlanych odcisnęła na tym filmie głębokie piętno – nie wiadomo w zasadzie, gdzie kończy się melodramat, a zaczyna ironia, bo wszystko kipi od źle pojętego efekciarstwa. Nie było czasu na przemyślenie fabuły, posklejanie do kupy zdjęć, nadanie całości charakteru – JAKIEGOKOLWIEK charakteru, bo gdyby nawet wyszedł kicz nad kicze, byłoby to lepsze od babrania się w mule. A tak mamy koszmarek – kolumbijskiego „Killera”, tylko kręconego na poważnie, z zamysłem „przekraczania granic gatunku”.   Od początku widać, że reżyser „180 sekund” nie podźwignął własnych ambicji – chciał zrobić drugie „Amores Perros”, zdeklasować „Memento” i zabawić się w mistrza gry, który dowolnie nagina czasoprzestrzeń. Wybór symultanicznej narracji i opowiadania retrospekcjami miał być chyba takim małym manifestem kinofila – zawsze na czasie. Problem w tym, że treść filmu w ogóle nie usprawiedliwia zastosowania tak wyrafinowanych środków wyrazu. Historyjka o skoku na siedzibę kasy oszczędnościowej jest przewidywalna od początku do końca, a skręcona jak podwójna helisa narracja utrudnia przyswajanie banałów. Już w pierwszych ujęciach dowiadujemy się, że napad się nie udał i raczej, jak mawiał defetysta z pewnej gry komputerowej, „wszyscy umrą!”. Dlaczego więc reżyser tak mocno uparł się, żeby „wymęczyć” formę? Czy chodziło o wyeksponowanie wątku miłosnego, który w innym przypadku zostałby przygnieciony nadmiarem akcji? A może to teledyskowe wstawki z szybkimi samochodami i glamourem nocnego życia Kolumbii grają pierwsze skrzypce, a reszta to tylko tło? Trudno też pominąć uproszczenia z podręczników dla początkujących scenarzystów – szajka Zico to oczywiście samo dobro (mamy się identyfikować!) i robinhoodyzm; broni nie tykają, krwią się brzydzą, więc chyba ta jucha w finale ma być główną filmową „przewrotką”. Taką „kropką nienawiści” – że jednak nie wystarczą pacyfistyczne deklaracje, bo brutalna rzeczywistość skorumpowanej Kolumbii i tak wszystkich dopadnie, da w mordę i poustawia nudziarzy.     To pseudoskomplikowanie jest niestety wymierzone w widza – kino sensacyjne ma przecież dawać przyjemność, nie kaleczyć zmysły. Kiedy po raz n-ty zadaję sobie pytanie, o co w tym wszystkim chodzi, kim są wprowadzane raz za razem nowe postaci, jakie miejsce w całości zajmuje kolejna scena pozbawiona puenty, cały potencjał dobrej zabawy idzie na zmarnowanie. Najdziwniejsze w filmie są chyba wszystkie te „nowoczesne” wstawki – sugestie, że bohaterowie żyją w świecie zapośredniczonym przez cyfrowe technologie i internet. Kiedy planują skok, na ekranie obserwujemy wizualizacje rodem z przedpotopowych gier wideo – ile metrów będzie dzieliło bohaterów od okienka kasy do sejfu, ile czasu zajmie im akcja, jakie mają „skille”. Kompletne pomieszanie porządków, bo już za moment serwuje się nam łzawy melodramat o niemożliwej miłości hakerki i osiłkowatego siepacza.  Reżyser chciał najwyraźniej wcisnąć tutaj wszystkie swoje fascynacje – od tzw. filmów-mózgotrzepów, które bazują na nielinearnej narracji i nagłej „przewrotce”, przez klasykę gangsterskiego romansu, po stare gry wideo. Szkopuł w tym, że kino to nie sklep z zabawkami ani poligon doświadczalny dla ego. Przynajmniej nie wyłącznie – jeśli robi się film akcji, czasem trzeba mieć jeszcze na uwadze, że ktoś go później zechce obejrzeć jako film akcji. Czy to nie wystarczająca motywacja, żeby powściągnąć własne ambicje?
★★★★★

You can leave a response, or trackback from your own site.

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.

OceanFire