Barbie: Gwiezdna przygoda (2016) online pl HD

barbie-gwiezdna-przygodaJaka jest Barbie, każdy widzi: od niemal 60 lat wciąż młoda, szczupła i uśmiechnięta. Niby ciągle taka sama, a jednak za każdym razem inna: zmieniająca fryzury, sukienki i style niczym rękawiczki (które też przecież regularnie zmienia). Filmowa kariera słynnej lalki jest równie paradoksalna. Od 2001 roku powstały już 33 pełnometrażowe animacje z jej udziałem. Ale zamiast zwyczajnej serii, w której zachowana byłaby fabularna ciągłość bohaterów oraz świata przedstawionego, mamy tu do czynienia z pochodem samodzielnych produkcji. Każda kolejna część to (z kilkoma wyjątkami) zupełnie nowa historia. Jedyną stałą w tym cyklu jest sama Barbie: zawsze blond, zawsze sympatyczna, zawsze na pierwszym planie. Zupełnie jakby istniała naprawdę; jakby była jakąś nieśmiertelną gwiazdą filmową, rok w rok odgrywającą kolejne role w kolejnych produkcjach.   W pomyśle na filmową karierę Barbie łatwo zobaczyć przejaw zwykłego marketingowego cynizmu. Błyskotliwą realizację przepisu na to, jak wciąż sprzedawać to samo, zmieniając tylko opakowanie: wczoraj Barbie-księżniczkę, dzisiaj Barbie-kosmiczną-surferkę, jutro Barbie-feministkę. Ale przecież u podstaw owej płynności leży nie tylko chęć zagospodarowania możliwie największej połaci rynku. Znajdziemy tu również ducha zabawy, esencję niczym nieskrępowanej dziecięcej wyobraźni, za nic mającej granice uniwersów i franczyz. Wyobraźni, zgodnie z którą Barbie może być zarazem zwykłą dziewczyną z sąsiedztwa, bohaterką „Jeziora łabędziego”, jak i jedną z… trzech muszkieterek (to nie żart, był taki film). Mamy więc kolejny paradoks związany z Barbie, tą – jak się okazuje – prawdziwą specjalistką od dzielenia opinii publicznej. Debata o to, czy lalka jest bohaterką, czy może raczej czarnym charakterem popkultury, trwa przecież od lat. Barbie to krzywdzący – bo nieosiągalny – ideał urody? A może zdrowy wzór do naśladowania, pokazujący, że dziewczynki mogą – tak jak i ona – być, kim chcą: lekarką, żołnierką, tancerką, strażaczką… (lista wykonywanych przez nią zawodów nie ma przecież końca)? Decydujcie sami. Ale nawet jeśli na dłuższą metę dylemat wydaje się nierozstrzygalny, to w przypadku „Barbie: Gwiezdnej przygody” sprawa jest jasna. Barbie ma przewagę. Choć blond gwiazdę kojarzymy raczej z rolami księżniczek, syrenek, wróżek i innych stereotypowo „dziewczyńskich” bohaterek, tym razem Barbie „wciela się” w mknącą na latającej desce kosmiczną surferkę. Niby wciąż gustuje w różu, na dnie szafy ma obowiązkową sukienkę i regularnie zmienia uczesanie, ale większość filmu spędza w spodniach oraz ochraniaczach. Jest też nieokrzesana, niepunktualna, a śmiejąc się, zupełnie nie po dziewczęcemu uroczo chrumka. I choć spotyka księcia obdarzonego cukierkową urodą nastoletniego YouTubera, to ten nie podbije jej serca, nie okaże się lepszy w „męskich” dyscyplinach i większość filmu spędzi jako komediowy przerywnik zainteresowany jedynie jedzeniem. W kąt idzie tu romantyczna pościelówa; zamiast niej dostajemy otoczkę science fiction i opowieść o dziewczyńskiej przyjaźni. Tak, nad ową „Gwiezdną przygodą” unosi się duch girl power. Nawet jeśli jest to girl power w stylu firmy Mattel.  Szkielet fabularny animacji przypomina zresztą bardziej kolejne serie young adult, rozmaitych „Więźniów labiryntu”, „Niezgodne” czy inne „Igrzyska śmierci” niż jakieś typowo „księżniczkowe” perypetie. Stąd jest wątek „wybranej”, na barkach której spoczywa los świata; stąd jest schemat nabór-trening-misja; stąd jest spór z podejrzanym, niesympatycznym dorosłym. A także fundamentalny konflikt filmu: reprezentująca intuicję i serce Barbie musi przezwyciężyć próbę zamknięcia świata w ramie sztywnych zasad. Co ciekawe, mimo że intryga zasadza się na tak czarno-białych opozycjach (czucie-rozum, wolność-niewola), to „Gwiezdna przygoda” ostatecznie okazuje się opowieścią o kompromisie, o znoszeniu przeciwności. O tym, że z połączenia wzajemnych różnic możemy stworzyć coś nowego, trwalszego, silniejszego. W konwencji SF przesłanie to zyskuje wymiar kosmiczny – stawką gry jest bowiem harmonia sfer i przyszłość Wszechświata – ale małe widzki gładko przełożą to na swoje relacje z koleżankami, rodzeństwem, rodzicami. Trudno więc o lepszy morał. Przeżywająca gwiezdne przygody Barbie to już nie Barbie z kliszy, która uczy małe dziewczynki, że ich życiowa misja to schudnąć oraz znaleźć sobie swojego Kena.  Na poziomie realizacyjnym też nie jest źle; „Barbie: Gwiezdna przygoda” to rzetelna robota. Animacja nie zachwyca płynnością, ale rekompensuje to bogactwem kolorów i wdzięcznym dizajnem. Scenariusz jest napisany od linijki, ale uderza we wszystkie właściwe tony: trzyma w napięciu, podnosi na duchu, regularnie rozśmiesza. Rysunek postaci jest prosty, ale wdzięczny: Barbie oraz jej towarzyszki mają odpowiednio zróżnicowane charaktery i wspólnie tworzą sympatyczną drużynę. Ulubieńcem publiczności z pewnością zostanie jednak prześmieszny zwierzak bohaterki: latający kot imieniem Pupcorn. Dlatego – nawet jeśli nie jest się małoletnią entuzjastką Barbie – „Gwiezdną przygodę” ogląda się bezboleśnie, wręcz przyjemnie. Twórcy nie tylko nie obrażają widzowskiej inteligencji, ale i dbają o ty, byśmy miło spędzili czas poświęcony ich dziełu. Trudno wymagać czegoś więcej od filmu, który nie jest mierzony na konkurenta dla animowanych superprodukcji Pixara czy DreamWorks. Pięcioletnie użytkowniczki Filmwebu spokojnie mogą sobie podnieść widniejącą poniżej ocenę. Co najmniej o punkt.
★★★★

You can leave a response, or trackback from your own site.

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.

OceanFire