Exodus: Bogowie i królowie (2014) online hd

exodus-bogowie-i-krolowie-2014-online-hdMojżesz roku pańskiego bieżącego, jak Noe przed nim, wierzy zarówno w siłę argumentów, jak i w argument siły. Przyczaja się w wysokiej trawie, by zalać gradem płonących strzał dokujące na Nilu statki, tańczy z mieczem wśród zabójców nasłanych przez faraona, a gdy zachodzi potrzeba – skrytobójczym zwyczajem podkłada ogień w strategicznym miejscu. Widzowie, którzy przywykli do ikonicznego wizerunku posiwiałego starca wznoszącego ponad głowę wyryty w kamieniu dekalog, zaskoczeni raczej nie będą. W końcu układanie z biblijnych wersetów narracji bez mała superbohaterskiej to w Hollywood nic nowego.

Ridley Scott świetnie rozumie ten gatunkowy kod, dlatego naprzeciw heroicznego Mojżesza stawia zazdrosnego, trawionego przez furię Ramzesa. Przybrany syn oraz dziedzic tronu Setiego Pierwszego wychowują się wspólnie, ich braterstwo kwitnie zarówno na włościach faraona, jak i na polu walki. Oczywiście do czasu, gdyż przepowiednia nadwornej wieszczki błyskawicznie ustawia bohaterów na kursie kolizyjnym. Wygnany i wstrząśnięty losem Izraelitów Mojżesz dojrzewa powoli do roli pasterza zagubionych dziatek, podczas gdy Ramzes, kierowany podszeptami jadowitej matki (Sigourney Weaver) i niezaspokojoną ambicją, zamienia Egipt w wielki obóz pracy. I choć Bóg zakasa rękawy, z nieba spadają żaby, a na skórze Egipcjan pojawiają się krwawe wypryski, to jest w konflikcie bohaterów coś z podwórkowej przepychanki, coś z atawistycznej walki o dominację w stadzie: choć scenarzysta Steven Zaillian szybko porzuca ten trop, to zarówno Christian Bale (Mojżesz), jak i Joel Edgerton (Ramzes) nadają swoim bohaterom przyziemny, ludzki wymiar.

Motywów, które Scott i Zaillian sygnalizują, by następnie zepchnąć je na margines, jest zresztą więcej. Mojżesz uciekający się do partyzanckich metod walki z faraonem („To zajmie pokolenia” – usłyszy od przedstawiciela izraelickiej starszyzny); Ramzes jako ofiara propagandy (bo nie ma wątpliwości, że inicjująca konflikt przepowiednia to z perspektywy Scotta socjotechniczny pic na wodę); próba racjonalizacji boskiej interwencji (przeprowadzona przez komiczną postać nadwornego „naukowca”, wyjaśniającego Ramzesowi przyczyny plag egipskich); wreszcie, Bóg manifestujący się nie tylko w gorejącym krzewie, ale również w ciele dziecięcego posłańca, mściwego, zapalczywego i humorzastego chłopca. Tego ostatniego wątku szkoda najbardziej. Ciekawa metafora starotestamentowego Stwórcy, który, jak wiadomo, nie patyczkował się ze swoją dziatwą, nie wystarcza, zwłaszcza że twórcy pominęli spór o złotego cielca, zniszczenie dekalogu i powrót na górę Synaj – wątki definiujące Mojżesza jako rzecznika swojego ludu, ale również jako bezwzględnego egzekutora boskiej woli.

Gdyby Scott zdecydował się przez którąś z otwartych furtek przejść, mielibyśmy do czynienia z kinem większego formatu. To, co zostaje, jest jednak porządnie nakręconym, biblijnym widowiskiem, któremu bliżej do eposów Cecila B. DeMille’a niż do „Noego” Darrena Aronofsky’ego; „tylko” widowiskiem dla tych, którzy oczekiwali reinterpretacji Księgi Wyjścia, i „aż” dla tych, którzy wierzą, że Hollywood powinno wracać po własnych śladach i kultywować tradycję „sandałowych” evergreenów. W kinie zdarza mi się chorować na nostalgię, więc siłą rzeczy zaliczam się do drugiej grupy, a „Exodus” ma wszystko, co heroiczny mit mieć powinien: bohatera dojrzewającego do odpowiedzialności za większą sprawę, zderzenie światopoglądów prowadzące do skrzyżowania oręża, wojowniczych facetów i stanowcze kobiety, mentorów i łotrów, Bogów i Królów. Ma też dziesięć plag egipskich, które, choć zbyt krótko eksponowane (to w zasadzie jedna rozbudowana sekwencja montażowa), dowodzą realizacyjnej maestrii Scotta. Inscenizacja śmierci pierworodnych jest jej emblematycznym przykładem: od świetnej ekspozycji z pochłaniającym kolejne ulice cieniem, po chwytający za serce, rozpisany na bliskie plany finał. Cóż, Scott po prostu wie, jak to się robi – nawet jeśli grafik nakazuje mu kręcić jeden, dwa filmy rocznie.

W interpretacji Christiana Bale’a Mojżesz to kolejna chrystusowa postać w typie Bruce’a Wayne’a, Johna Connora czy z Quinna z „Władców ognia”. Trudno jednak czynić z tego zarzut, bo jako facet dźwigający na barkach ciężar grzechów całej ludzkości jest świetny. Podobnie zresztą jak wysmarowany samoopalaczem Australijczyk Edgerton – ekranowe uosobienie napędzanej kompleksami mściwości i niepohamowanej, brutalnej siły. Oczywiście ściągnięcie bohaterów z koturnów nie zmienia faktu, że film jest konserwatywny i raczej bezpieczny w swoim wydźwięku. Cel Scotta wydaje się bowiem inny. Brytyjczyk, który pomimo wzlotów i upadków, pozostaje świetnym narratorem, przypomina, że gdy odrzemy Pismo Święte z kontekstu współczesnych, religijnych sporów, a samego Mojżesza z chrześcijańsko-judaistyczno-islamskich uwikłań, zostaniemy z doskonale napisanymi, dramaturgicznie wzorcowymi opowieściami. A z takich zawsze warto robić kino.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.

OceanFire