Fighter (2010) online hd

fighter-2010-online-hdHistoria niezwykła, ale w sporcie równie niezwykłych historii było wiele, a co dopiero w kinie. Od zera do bohatera? Ten klimat? Prawie. Micky Ward jest bokserem, ale żyje z zamiatania ulic. Nikt mu nie wróży przyszłości, nikt nie wspomina o pasach mistrzowskich, które jeszcze przed nim. Jest tylko teraźniejszość, która wydaje się, że jest nieodwołalna, że rozciągnie się na resztę życia. Codziennie to samo: parszywa praca; wykłócanie się z byłą żoną o możliwość zobaczenia się z dzieckiem; popołudniowe treningi, które nic nie dają; a od święta – wielkie lanie, przyjmowanie ciosów – na korpus i na twarz – na jakimś podrzędnym ringu, za jakieś śmieszne pieniądze. A potem jest pstryk. Przestawiają się zwrotnice (ktoś, coś przestawia – na szczęście w Fighterze nawet nikt nie myśli, by zająć się tego typu dywagacjami) i zaczyna się układać. Bohater znajduje kogoś, na kim może polegać; ktoś wreszcie zaczyna mu sensownie pomagać, w ogóle wszystko staje się jakby bardziej sensowne. W międzyczasie chłop jeszcze uczy się wygrywać, czyli zdobywa mentalność zwycięzcy. Wiadomo, że byłoby o wiele ciekawiej , gdyby się uczył przegrywać – niestety niewielu twórców filmów sportowych ciągnie swoje historie w tę stronę, będącą esencją sportu. David O. Russell na pewno nie jest jednym z nich. Nie znaczy to jednak, że nie próbuje po swojemu rozszerzyć gatunkowych ram. Główny patent jest prosty: Russell starą jak świat sportową historię umieszcza w kontekście historii rodzinnych, a te już nie są tak oczywiste. Matka, tapirowana despotka z przerośniętym ego, to domorosła promotorka boksu, robiąca z syna worek treningowy, maszynkę do zarabiania łatwych pieniędzy. Wataha jej rozhisteryzowanych, wulgarnych i roztytych córek gania za matką w swoich za dużych, porozciąganych bluzach. Brat Micky-ego – kiedyś świetnie zapowiadający się bokser, dzisiaj jest przegranym ćpunem. I jeszcze Charlene Fleming, dziewczyna naszego bohatera, niegdyś skoczkini wzwyż, która chce, by wyrwał ją stąd, gdzie przyszło jej i jemu żyć. Czyli gdzie? Dokładnie tam, gdzie niecałe dwa wieki temu przybywali wszyscy, którzy szukali nowej ziemi obiecanej – w Lowell, leżącej kilkadziesiąt kilometrów od Bostonu pierwszej amerykańskiej społeczności przemysłowej, która dzisiaj wygląda – przynajmniej tak ją pokazuje Russell – tak, że aż szkoda gadać. Na tle tych obskurnych domów i równie brzydkich sal gimnastycznych, na tle tandety światka bokserskiego Russell buduje film nie o jednym wojowniku, ale co najmniej o kilku wojownikach i wojowniczkach. Niewielu z nich, by walczyć, potrzebuje ringu i rękawic bokserskich. Każdy tu jednak walczy równie zawzięcie, po swojemu i o swoje – najczęściej może właśnie o Micky-ego, co oczywiście sprawia, że główny bohater obok bandy krewkich, wygadanych postaci wygląda jakby blado. W żaden sposób nie szkodzi to Fighterowi, który w równej mierze jest standardową – ale niejako rozgrzeszoną z banału, bo przecież opartą na faktach – historią narodzin czempiona, co opowieścią o instytucji rodziny, instytucji na tyle wyniszczającej, że trzeba się zwyczajnie od niej odciąć, by do czegoś w życiu dojść. Przyznam się, że to wyzwalanie się z własnych korzeni wydaje mi się w filmie Russella ciekawsze, może dlatego, że Rocky-ego już widziałem, a tak doskonale granej, tak autentycznej, czyli przekonującej Wojny domowej już dawno nie.
★★★★

You can leave a response, or trackback from your own site.

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.

OceanFire