Fuocoammare. Ogień na morzu (2016) online pl HD

fuocoammare-ogien-na-morzuOtwierający „Fuocoammare” tekst informuje nas, że do leżącej u wybrzeży Włoch wysepki Lampedusa corocznie dobijają zastępy afrykańskich uchodźców. Rok w rok dla 150 tysięcy osób Lampedusa dostarcza pierwszego wrażenia Europy. Wydawałoby się, że taka inwazja nie może przemknąć niezauważona, zwłaszcza w szeregach zamkniętej wyspiarskiej społeczności. Tymczasem włoscy tubylcy żyją, jakby czas zatrzymał się tu w miejscu dobre kilkadziesiąt lat temu. W czasie kiedy media bombardują kolejnymi doniesieniami o falach imigrantów, reżyser Gianfranco Rosi wybiera inny sposób podejścia do tematu. Jak w swoich poprzednich filmach, „Rzymska aureola” czy „Below Sea Level”, zaszywa się z kamerą w cichym zakątku świata i cierpliwie obserwuje.  Kiedy na ekranie pojawia się siedzący przy jakiejś konsolecie mężczyzna w słuchawkach, w pierwszej chwili bierzemy go za monitorującego niespokojne wody operatora radaru. Ale to tylko tutejszy radiowy DJ, który puszcza w eter kolejne przedpotopowe włoskie szlagiery. W ich rytmie krzątają się po wyspie zaaferowani swoimi codziennymi sprawami lokalsi. Chłopcy skaczą po drzewach i strzelają z procy, rybacy wypływają w morze, a starsze panie ścielą łóżka i gotują obiady. Raz na jakiś czas z odbiorników dobiegają komunikaty o kolejnych ofiarach wśród uchodźców, ale równie dobrze mogłyby to być informacje z Księżyca.   W istocie, uchodźcy – niczym przybysze z innego świata – pojawiają się tu najpierw za pośrednictwem sygnału radiowego. Rosi przytacza nagrania kilku dramatycznych komunikatów wysyłanych z tonących uchodźczych łodzi. Nie widzimy, co się dzieje, więc efekt jest tym intensywniejszy. Ciarki biegną po plecach, gdy słyszymy błagalne prośby o pomoc kontrastujące z rzeczowym, spokojnym tonem przyjmującego wezwanie ratownika. Słychać, że mężczyzna już nie raz odbierał takie tragiczne wezwania. Rosi wie dobrze, że nie potrzeba tu komentarza. Wystarczy spokojna rejestracja i wymowne montażowe sklejki.  Z czasem reżyser daje nam jednak większy dostęp do doświadczenia uchodźców. Oddaje im głos, by w emocjonującej pieśni-lamencie mogli opowiedzieć o swojej przerażającej odysei: ucieczce przed bombardowaniami, tułaczce przez pustynię i morze, utracie towarzyszy niedoli. Wreszcie dopuszcza nas do widoku wychudzonych, obolałych od poparzeń chemicznych ciał, opatulonych w termoaktywne koce – błyszczące i szeleszczące jak pożyczony z jakiegoś włoskiego szlagieru tytułowy „ogień na morzu”. Pokazuje też stosy trupów. Ale to wciąż przestrzeń oddzielona niewidzialną  ścianą – montażową i mentalną – od codzienności Lampedusańczyków. Choć dwa światy stykają się, to pozostają w zasadzie nieprzenikalne.  Na faktycznego bohatera filmu wyrasta więc 12-letni Samuele. To świetny protagonista, który nadaje opowieści Rosiego ciepła i humoru. Charakterny dzieciak włóczy się po wyspie i oddaje chłopięcym zabawom, słucha wspominek swojego ojca-marynarza, podjada spaghetti, uczy się angielskiego w szkole. Martwi go też bardzo, że, pływając łódką taty, cierpi na chorobę morską. Porównajmy to jednak z tym, co ma miejsce na przepełnionych po brzegi, tonących łupinach, jakimi przybywają do Europy zdesperowani uciekinierzy z Afryki. Tak, Rosi wskazuje na nieprzystawalność problemów między tymi dwoma światami. Porywa się nawet na coś w stylu metafory: mały Samuele wydaje się całkowicie nieświadom rozgrywających się za rogiem dramatów, jednak podczas badania lekarskiego wyznaje, że odczuwa jakiś tajemniczy niepokój. Wreszcie doktor diagnozuje u niego tzw. „leniwe oko” – przypadłość polegającą na osłabieniu widzenia. Brzmi trochę jak grubymi nićmi szyta alegoria. Czy to aby nie Zachód przymyka oko na cierpienie reszty świata, przez co nękają go potem tajemnicze wyrzuty sumienia? Ale nawet jeśli o to chodziło, to jakoś nie boli. Bo Rosi, jakby wbrew powadze tematu, wcale się nie napina. Niby dokumentuje horror uchodźczego doświadczenia, a jakimś cudem utrzymuje bezpretensjonalny ton. Nie sili się na analizy, woli otwierać dyskusję. Cierpliwie obserwuje życie na Lampedusie, prowokując wolne skojarzenia i ostrożny namysł, wolny od rozdzierania szat czy dramatycznego „oskarżam”. Wydaje się, że Rosi też ma swego rodzaju „leniwe oko”. Ale to dobre lenistwo, oznaczające opanowanie i niechęć do wyciągania pochopnych wniosków. Dziś chyba potrzebne jak nigdy.
★★★★

You can leave a response, or trackback from your own site.

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.

OceanFire