High-Rise (2015) online pl HD

high-riseGdybym miał w ekspresowym skrócie przybliżyć komuś fabułę „High-Rise”, powiedziałbym, że to takie apokaliptyczne „Alternatywy 4”. Jeden blok, zastęp lokatorów, przekrój przez klasy społeczne, piętrzące się absurdy… Pasuje. Z tą różnicą, że zamiast barejowskiego poczucia humoru mamy tu ballardowski krytyczny pazur. Kto zna literaki pierwowzór filmu – „Wieżowiec” J.G. Ballarda – ten wie, czego można się spodziewać. Reżyser Ben Wheatley pozostaje bowiem wierny literze oryginału i buduje na jego fundamentach fascynującą kinową konstrukcję. Niestety, powtarza przy okazji błąd książkowego architekta, Royala (Jeremy Irons): jego dzieło imponuje i uwodzi, ale nie dorasta do wyśrubowanych ambicji, przegrywa w starciu z ideałem. Ballard w dzieciństwie napatrzył się na horrory II wojny światowej – uwiecznił je zresztą potem w „Imperium Słońca” – i już na zawsze pozostał sceptyczny wobec stanu powszechnej wygody i bezpieczeństwa. Doświadczenie japońskiej okupacji Szanghaju nauczyło go, że fasada dobrobytu może runąć w mgnieniu oka, odsłaniając nagie zło. Właśnie tak dzieje się w „High-Rise”, gdzie zbudowany w myśl modernistycznego funkcjonalizmu blok w rzeczywistości staje się klatką, która podsyca kipiące pod społeczną skórą atawizmy i perwersje. Twórca projektu, Royal, niechcący rozpętuje buzującą w lokatorach destrukcyjną energię. Jego wieżowiec okazuje się inkubatorem nowego rodzaju człowieka. Człowieka, którego przemiana zaczyna się od upadku, od powrotu do barbarzyństwa. Pytanie tylko, czy ten proces nie skończy się na bólach porodowych.   „Naszym” człowiekiem w tytułowym wieżowcu jest Robert Laing (Tom Hiddleston), lekarz, który po śmierci siostry wprowadza się do budynku. Jak opisał go w jednym z wywiadów Hiddleston, Laing to „szarak w szarym garniturze”, który szuka idealnego odcieniu szarości, by pomalować ściany swojego mieszkania. W przeciwieństwie do wielu sąsiadów, odpowiada mu anonimowość wieżowca; lekarz ceni sobie sterylność zamkniętego osiedla pełnego zamkniętych mieszkań. W pracy bez mrugnięcia okiem zagląda do ludzkiej czaszki, ale w kontaktach z ludźmi jest oschły, nieporadny wręcz. Hiddleston gra go jako wysportowanego, zapiętego pod szyję i psychopatycznie odklejonego. Nieprzypadkowo Wheatley powraca do obrazu Lainga powielonego w nieskończoność w labiryncie lustrzanych odbić. Oto produkt współczesnego społeczeństwa: straszny mieszczanin; niby everyman, ale niepasujący do żadnej szufladki. Średniak z klasy średniej zamieszkujący – odpowiednio – sam środek drabiny społecznej: między motłochem z dolnych pięter a elitą z penthouseu. Problem z filmem Wheatleya jest taki, że reżyser bierze tę fasadowość za dobrą monetę. W rezultacie oschły Laing nie jest bohaterem, za którym podążamy w ciemno, ze współczucia czy choćby nawet z ciekawości. Doktor wycofuje się bowiem z pola bitwy, jakim staje się wieżowiec, zamyka w sobie. Tymczasem na klatce schodowej wybucha coś na kształt rewolucji. Przewodzi jej dziennikarz telewizyjny, twórca dokumentów, Richard Wilder (Luke Evans). Ale ekscesy jego zwierzęcego maczyzmu również ogląda się na zimno. Bo „High-Rise” przypomina akwarium, w którego wnętrzu przeprowadzany jest eksperyment; eksponat do chłodnej, naukowej analizy. Zamiast opowieści jest koncept, zamiast bohaterów są typy. Stąd alegoryczna wizja budynku jako społeczeństwa w miniaturze czy wszechobecne „znaczące” nazwiska: Wilder jest odpowiednio dziki, Royal reprezentuje „królewskie” wyższe sfery, a Laing dzieli godność z psychiatrą, specjalistą od chorób umysłowych. Wheatley niepotrzebnie powiela też Ballardowski chwyt z pierwszego zdania książki: najpierw pokazuje nam upadły budynek, a potem cofa się i pokazuje, jak do tego doszło. U Ballarda to nie raziło, bo pisarz potrafił zajmująco opisać de-ewolucję społeczeństwa. W filmie gubi się jednak fascynująca intensywność, rozmywa wewnętrzna logika tej transformacji – a wkrada rutyna. Mechanizm fabularny jest przecież oczywisty: będzie gorzej. Od któregoś momentu czekamy więc po prostu beznamiętnie, aż dzieło się dokona.        Zastanawia też decyzja twórców, by nie uwspółcześnić oryginału. Wheatley zachowuje książkowy czas akcji i zatrzymuje się w latach 70. Zamiast ponurej Ballardowskiej przepowiedni dostajemy więc opowieść o korzeniach współczesności. Syn sąsiadki Lainga, mały Toby, mógłby być przecież małym Benem Wheatleyem, który obserwuje z dystansu, jak modernistyczny ideał sięga bruku, a widmo kapitalizmu materializuje się w swojej potwornej inkarnacji ze stali, szkła i betonu. Taka sugestia płynie przecież z finału filmu, gdzie słowa przemówienia Margaret Thatcher brzmią jak groźba rychłej Apokalipsy. Zamiast otwierać jakąś nową perspektywę, cytat ten brzmi jednak jak przyklepanie truizmu. Jak przewidziany godzinę wcześniej, oczywisty morał.   Ale „High-Rise” jest najciekawszy nie w swoim wymiarze politycznym, tylko estetycznym. Pod tym względem otoczka lat 70. sprawdza się bowiem doskonale. Wheatley inscenizuje tu momentami prawdziwie ikoniczny retro-teledysk pełen obrazów i dźwięków, które zatapiają swoje pazury prosto w naszej podświadomości. Efekt miejscami przypomina „Mechaniczną pomarańczę” czy filmy Nicolasa Roega z ich wizyjnymi scenami i syntezatorowymi soundtrackami (Roeg zresztą przymierzał się swego czasu do ekranizacji „Wieżowca”). I jeśli płynąca z „High-Rise” ponura diagnoza jest rodzajem wołania o pomoc, to Wheatley znajduje dla tego krzyku idealną formę: cover „S.O.S.” Abby w brawurowym wykonaniu Portishead. Wystarczający powód, by obejrzeć – i usłyszeć – ten film.
★★★★★

You can leave a response, or trackback from your own site.

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.

OceanFire