Historia Roja (2015) online pl HD

historia-rojaNa youtubowym kanale Gazety Polskiej znalazłem ostatnio wywiad z reżyserem „Historii Roja” Jerzym Zalewskim. Rozmowa zaczyna się od kuriozalnego pytania o to, dlaczego „Ida” dostała Oscara, a „Rój” – nie. Gość stwierdza, że ma „pewne podejrzenia oczywiste”. Potem dodaje, że pobieżnie zapoznał się z filmem Pawła Pawlikowskiego i pierwsze, co go w nim uderzyło, to „przestylizowane obrazki” będące „świetną przykrywką dla tego, o co tam naprawdę chodzi”. Z powyższej wypowiedzi można się dowiedzieć sporo nie tylko na temat politycznych poglądów reżysera, ale i jego stosunku do kina. Dla Zalewskiego X Muza jest nie tyle sztuką co narzędziem. W przypadku „Roja” służy ono historycznej edukacji widowni oraz oddaniu spóźnionego hołdu żołnierzom wyklętym z podziemia antykomunistycznego. Doniosły temat i słuszne przesłanie mają większe znaczenie niż scenariusz, aktorstwo czy praca operatora, kostiumologa i scenografów. Słowem, wszystko to, z czego składa się film. Zalewski nie uznaje półcieni. Wszyscy żołnierze wyklęci są u niego bardzo dobrzy, a czerwoni – bardzo źli. Mniejsza o to, że ci pierwsi w swojej wyzwoleńczej krucjacie sięgali nierzadko po dyskusyjne metody, a ci drudzy nie zajmowali się wyłącznie torturowaniem polskich patriotów. Jakiekolwiek niuanse zepsułyby jednak atmosferę krwawego karnawału, który urządza na ekranie reżyser. Sporą część tego dwuipółgodzinnego filmu wypełniają sceny zasadzek, egzekucji i strzelanin, w których „nasi” przy wtórze rzewnej sekcji smyczkowej Michała Lorenca wymierzają sprawiedliwość zdrajcom ojczyzny. Rozmiłowany w slow motion Zalewski ewidentnie celuje tu w balet śmierci rodem z kina Peckinpaha. Dzieła krwawego Sama odznaczały się jednak bogatą inscenizacją i zegarmistrzowskim montażem. „Historia Roja” w najlepszym wypadku reprezentuje poziom telewizyjnego „W-11”, w najgorszym – amatorskiej produkcji kręconej z kolegami po godzinach. Niechlujstwo i realizacyjny rozgardiasz osiągają apogeum w scenie pogrzebu brata tytułowego bohatera. Obserwując nieudolne próby zamaskowania niedostatków budżetu, zachodziłem w głowę, jakim cudem filmowcom udało się pozyskać patronat aż dwóch prezydentów RP.  Czy tak będzie wyglądała dobra zmiana w polskim kinie? Jeszcze większy bałagan to scenariusz będący w zasadzie zlepkiem scen połączonych luźnym ciągiem przyczynowo-skutkowym. Jeśli bohaterowie akurat nie faszerują nikogo ołowiem, rozprawiają o honorze, odwadze i miłości do kraju. Ich dialogi brzmią jednak jak hasła skandowane przez rzucających płytami chodnikowymi młodych patriotów w trakcie marszu 11 listopada (śmierć wrogom ojczyzny! raz sierpem raz młotem w czerwoną hołotę!). Zalewski próbuje niby ukazać dręczący żołnierzy dylemat: ujawnić się i wrócić do rodziny czy walczyć dalej aż do nieuchronnej śmierci. Wszystkie rozterki zostają jednak ostatecznie albo zduszone w zarodku (- nie wolno poddawać w wątpliwość słów „Bóg, Honor, Ojczyzna” – powie tytułowemu bohaterowi pewna wywłaszczona szlachcianka) albo zakrzyczane (jak w trakcie przemowy kapitana „Młota” – w tej roli najlepszy z całej obsady Mariusz Bonaszewski). Być może dramat Roja i jego towarzyszy robiłby większe wrażenie, gdyby główną rolę powierzono komuś z większym doświadczeniem i charyzmą. Niestety, debiutujący jako aktor piosenkarz Krzysztof Zalewski nie jest samorodnym diamentem. Pozbawiony silnej reżyserskiej ręki blaknie na tle profesjonalistów. Niepokorny dziennikarz i niepokorny reżyser dziwią się, dlaczego „Rój” nie dostał Oscara. Otóż w Hollywood nagrody daje się przede wszystkim za wybitny warsztat, a dopiero potem za temat. Zamiast więc snuć spiskowe teorie i przybierać męczeńskie pozy, proponuję nakręcić film, na jaki żołnierze wyklęci zasłużyli.
★★★★★

You can leave a response, or trackback from your own site.

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.

OceanFire