Karbala (2015) online hd

karbala-online-hdJedno trzeba Krzysztofowi Łukaszewiczowi przyznać – od czasu żenującego „Linczu” reżyserski warsztat poprawił mu się na niewyobrażalną wprost skalę. „Karbalę” ogląda się nie tylko bez wstydu, ale nawet z pewną przyjemnością. Trudno nie cieszyć się, że w ciągu prawie dwóch dekad, jakie minęły od czasu nieszczęsnej „Operacji samum”, polskie kino potrafi w końcu wyprodukować przyzwoity film wojenny. Żeby była jasność – to ciągle galaktyczna odległość od „Szeregowca Ryana” czy „Snajpera”, ale jest to opowiedziany nowoczesnym językiem filmowym, dynamicznie zmontowany obraz, w którym wszystkie piony produkcji pracują jak trzeba, tworząc mocny sensoryczno-kinetyczny efekt. Świetny jest też casting – od Michała Żurawskiego i Tomasza Schuchardta na drugim planie po Bartłomieja Topę na pierwszym. Ta ostatnia rola jest na tyle charyzmatyczna, że zapominamy, iż aktor ten gra tu w zasadzie to samo, co w „Domu złym” i „Drogówce”.

Niestety, gorzej jest z myślową warstwą tego filmu. Tu mamy paradę zużytych schematów: ciężar honoru i heroizmu; sojusz z Wielkim Bratem; lojalność jako jedyny kapitał słabych; wojna zmieniająca chłopców w mężczyzn; ogień, gdzie pod gradem kul okazuje się, kto jest naprawdę tchórzem, a kto bohaterem. Nie ma w tym wszystkim rewizjonizmu znanego z obrazów szkoły polskiej, jest przeszczepianie co bardziej naiwnych kalek kina amerykańskiego. Łącznie z ujęciem łopoczącej na wietrze flagi – tym razem nie gwiaździstego sztandaru, ale biało-czerwonej.

O ile jednak Amerykanie są świetni w tworzeniu mocnych, mitologicznych narracji zwycięstwa, o tyle „Karbala” odpowiada na typowo polskie kompleksy. A właściwie jeden – niedocenienia. Świat się nie dowiedział i nie powiedział: „dziękujemy, Polacy” – a to refren stale powracający w polskiej publicystyce historycznej. Niewdzięczni Austriacy zapomnieli o wiktorii wiedeńskiej i jeszcze wzięli udział w rozbiorach; Europa zapomniała, jak ocaliliśmy ją przed bolszewicką nawałą w 1920, a Brytyjczycy – jak złamaliśmy kod enigmy. „Karbala” do tej litanii żalów dodaje nowe: Amerykanie utajnili udział polskich sił w bitwie o Karbalę, sukces przypisały siłom irackiej armii; heroizm Polaków znów nie zyskał zasłużonej nagrody. Uwielbiamy rozkoszować się takimi narcystycznymi ranami, więc „Karbala” powinna idealnie wstrzelić się w polskie pragnienia. Tylko czy kino powinno im tak łatwo ulegać? Czy zamiast głaskać nasz słaby narcyzm, nie powinno się z nim wadzić? Choćby w imię narcyzmu mocniejszego?

Pół biedy jednak nawet z narcyzmem, w „Karbali” najbardziej niepokoi mnie co innego: obraz Iraku i Irakijczyków; sporządzony według najgorszych kolonialnych schematów. Irakijczycy to anonimowa masa albo groźna, albo będąca obiektem zagrożenia; ścinająca głowy lub ukazana w roli bezsilnych, skotłowanych ofiar. Jak w rasistowskim wierszu Kiplinga sprzed stu lat: Irakijczycy to „pół dzieci, pół diabły”. A w dodatku nacja skorumpowana i szkodliwa. Jest co prawda dający szansę na przełamanie stereotypu wątek rozdartego między różnymi lojalnościami Irakijczyka, Farida (Atheer Adel), ale koniec końców okazuje się on tylko podpórką dla motywu przemiany polskiego bohatera. Gdy ta następuje, Farid znika.

Premiera filmu wzmacniającego takie wyobrażenia na temat islamu i Bliskiego Wschodu jest w tym momencie głęboko niefortunna. W związku z dyskusjami o uchodźcach polską sferę publiczną zalała fala nienawiści, z jawnymi wezwaniami do ludobójstwa. Wpuszczona w taki kontekst „Karbala” będzie nie tylko plastrem na nasze narcystyczne rany, ale i paliwem dla naszych najgorszych uprzedzeń. Jakkolwiek doceniam filmową robotę Łukaszewicza, nie mogę udawać, że mi się to podoba.

You can skip to the end and leave a response. Pinging is currently not allowed.

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.

OceanFire