Nerve (2016) online pl HD

nerve„Jesteś widzem czy graczem?”, pyta „Nerve”, a potem i tak nie daje nam wyboru. Niby pierwsze pięć minut filmu spędzamy – dosłownie! – na pulpicie głównej bohaterki, niby dużo tu zabawy nowymi mediami, niby reżyserski duet Henry Joost-Ariel Schulman zacierał już granicę między rzeczywistością a fikcją w dokumencie „Catfish” oraz dwóch częściach cyklu „Paranormal Activity”. Ale bez złudzeń: jedyne, co w thrillerze z Emmą Roberts ma choć odrobinę interaktywny charakter, to stary dobry mechanizm angażowania widza w przedstawioną na ekranie akcję. Wciąż jest to oczywiście przekaz jednostronny, i to z dość banalnym – hmm – przekazem. Mniejsza jednak o ambicje; grunt, że haczyk działa. „Nerve” to bowiem faktycznie kino z nerwem, takie, gdzie od refleksji bardziej liczy się frajda. I w sumie nic w tym złego. Emma Roberts       Naczelny priorytet filmu – więcej zabawy, mniej kontemplacji – uosabia już sama postać głównej bohaterki. Vee (Roberts) jest nieśmiałą, wrażliwą licealistką, która zaczytuje się w książkach Virginii Woolf i unika wyzwań, kryjąc się przed światem za bezpiecznym obiektywem aparatu. Jeśli czegoś jej brak, to właśnie odrobiny luzu, nutki szaleństwa. Wreszcie stwierdza więc, że ma dość bycia widzem. Postanawia zagrać. Szkopuł w tym, że na narzędzie emancypacji wybiera sobie  pewną szemraną aplikację, która prowokuje użytkowników do popełniania kolejnych, coraz to poważniejszych wykroczeń – oczywiście na oczach całego Internetu. Co zaczyna się jak zabawa w kręcenie śmiesznych filmików z YouTubea, coraz bardziej zaczyna przypominać prawdziwe „igrzyska śmierci”. Ale choć Joost i Schulman pichcą dla nas wiadome przesłanie o internetowych zagrożeniach, sami ewidentnie czują się w nowomedialnym środowisku jak w domu. Potrafią zgrabnie przepisać na język kina specyfikę aplikacji, komunikatorów oraz portali społecznościowych. Jest w „Nerve” coś, co kojarzy się nieodparcie z niedawnym „We Are Your Friends” (wyreżyserowanym zresztą przez Maxa Josepha, twórcę serialowej wersji „Catfisha”). Tam historia o pewnym DJ-u zrealizowana była niczym klubowy teledysk. Tutaj podobnie: opowieść o niebezpiecznie uwodzicielskim programiku pulsuje młodzieżowym, internetowym rytmem. Klasyczna montażowo-narracyjna struktura przeplata się z architekturą strony internetowej; ikonki, zakładki i paski postępu jak gdyby nigdy nic sąsiadują z cięciami, jazdami czy sklejkami. Film hipnotyzuje jak neon, wciąga jak gra komputerowa. Już sama fabuła odzwierciedla strukturę rozgrywki wideo: tytułowa aplikacja stawia przed bohaterką wciąż nowe wyzwania, podbija stawkę, podkręca poziom trudności, wreszcie paruje ją z innym graczem, beztroskim, pewnym siebie Ianem (Dave Franco). Nie wiadomo: potencjalnym przyjacielem (może nawet chłopakiem) czy raczej bezwzględnym rywalem w internetowym pojedynku o „lajki”? ADHD czuć też w rozcieńczonym rodowodzie gatunkowym filmu. Znajdziemy tu więc komediodramat o pojedynku między licealnym underdogiem a „popularną dziewczyną”, romans o magicznej nocy spędzonej na mieście z przystojnym nieznajomym oraz techno-thriller o sekretnej organizacji pociągającej za sznurki rzeczywistości. „Nerve” to „The DUFF”, „Rzymskie wakacje” i „Gra” w jednym. W kupie trzyma wszystko jedynie realizacyjna sprawność reżyserskiego duetu. Oraz Emma Roberts, która z lekkością portretuje zwyczajną dziewczynę zaplataną w z-każdą-minutą-dziwniejszą sytuację. Aktorka nie przekracza tu swojego emploi, powiela jeden z dwóch typów postaci, jakie zazwyczaj grywa: czyli „niewinne dziewczątko” (ten drugi typ to „wredna dziunia”). Ale Roberts jest wdzięcznym awatarem w tej rozgrywce; z łatwością kupuje u nas sympatię i współczucie dla swojej bohaterki. I jeśli w finale uderza w fałszywą nutę, to tylko dlatego, że również reżyserzy potykają się na ostatniej prostej.  Szkoda, bo na tle young-adultowej, filmopodobnej sztampy „Nerve” wyróżnia się nie tylko realizacyjną brawurą czy wiarygodną, żywą bohaterką. Joost z Schulmanem skutecznie spuszczają też powietrze z młodzieżowego balona dętych politycznych alegorii i płaczliwych dramatów o umieraniu. Snują opowieść w ludzkiej skali, o tym, że każdy chciałby zrobić czasem coś szalonego, głupiego, nieodpowiedzialnego, choć przez moment pożyć chwilą. Niestety, na koniec twórcy postanawiają na wszelki wypadek dopowiedzieć wszelkie oczywistości. Walą więc kawę na ławę: 15 minut internetowej sławy niekoniecznie warte jest zachodu, hipokryzja anonimowych użytkowników jest be, anonimowi hakerzy-bohaterzy są cacy, a tak w ogóle to uważajcie na swoje aplikacje, ludzie, bo graczem trzeba być, ale w życiu, nie w sieci. Też mi niespodzianka: media społecznościowe bywają całkiem aspołeczne. Na szczęście to tylko 15 minut słabości. 
★★★★★

You can leave a response, or trackback from your own site.

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.

OceanFire