Śmierć Ludwika XIV (2016) online pl HD

smierc-ludwika-xiv„Och, umieram, to ostatnia rzecz, jaką zdążę zrobić w życiu” – powiedział podobno na łożu śmierci Groucho Marx. Słowa te mogłyby stanowić także najkrótszą recenzję „Śmierci Ludwika XIV”. Tytuł filmu Alberta Serry bynajmniej nie kłamie. Przez niemal dwie godziny kataloński twórca każe nam przypatrywać się agonii słynnego władcy. Na szczęście strategia reżysera opiera się jednak na czymś więcej niż na, doprowadzonym do skrajności, naturalizmie. Mimo swej pozornej monotonii, „Śmierć Ludwika…” jest w stanie zaskoczyć widza niemal na każdym kroku. Jean-Pierre Léaud Bodaj największą niespodziankę stanowi obecność w filmie sporego ładunku komizmu. Humor Serry nie ogranicza się wyłącznie do pojedynczych scen konfrontujących postępującą niemoc króla z absurdalnym przepychem dworskich rytuałów. Za ironiczną prowokację, wymierzoną zwłaszcza w schematy kina biograficznego, można uznać już sam, stojący za „Śmiercią…”, koncept fabularny. Choć Ludwik XIV był jednym z najdłużej panujących władców w historii Europy, a w trakcie swojego życia zdążył spłodzić 17 dzieci i rozpętać niewiele mniejszą ilość wojen, z ekranu nie dowiemy się o tym ani słowa. Serrę francuski monarcha interesuje wyłącznie jako opadający z sił starzec, któremu zagląda w oczy widmo klęski. Zabieg polegający na zdegradowaniu potężnego króla do poziomu ofiary kapryśnej, wymykającej się spod kontroli fizjologii ma w sobie coś z karnawałowej przewrotności. „Śmierć…” wydaje się przesiąknięta ludyczną z ducha wdzięcznością wobec „demokratycznego” potencjału kostuchy, potrafiącej w jednej chwili zlikwidować podział na równych i równiejszych. Serra pozostaje jednak zbyt utalentowanym twórcą, by ograniczyć się wyłącznie do ironicznego zilustrowania maksymy „memento mori”. Kataloński reżyser umie sprawić, by śmiech uwiązł nam w gardle, a czarny humor szedł na ekranie pod rękę z czarną rozpaczą. Pod tym względem „Śmierć…” okazuje się podobna do późnych powieści Philipa Rotha, na czele ze świetnym „Dziedzictwem”. Amerykański autor opisał w nim historię świadkowania, rozciągniętej na wiele miesięcy, agonii własnego ojca. Choć mężczyźni nigdy nie byli sobie specjalnie bliscy, widok bezbronnego, upokorzonego patriarchy, zupełnie wstrząsnął synem i kazał mu zrewidować stosunek do rodzica. W „Śmierci…”, nabywający świadomość nieuchronnego końca, bohater także zaczyna stopniowo wzbudzać współczucie, do którego dołącza później swoisty szacunek. Desperację Ludwika zdeterminowanego, by przechytrzyć Tanatosa i wyrwać mu z rąk kolejne minuty życia, można uznać przecież zarówno za akt tchórzostwa, jak i echo dawnej potęgi monarchy. Jean-Pierre Léaud Królewskie zmagania z odchodzeniem nie byłyby nawet w połowie tak przekonujące, gdyby w tytułowego bohatera wcielił się kto inny niż Jean-Pierre Leaud. Obsadzenie aktora, który w czasach Nowej Fali funkcjonował jako ekranowy archetyp Młodości, w roli umierającego władcy stanowi reżyserski strzał w dziesiątkę. Już od pierwszych scen widać, że dla Leauda zagranie Ludwika wykracza poza typowe zadanie aktorskie. Gwiazdor Truffauta i Godarda – zupełnie jak odtwarzany przez niego monarcha – ma świadomość, że jego czas dobiega końca. Widoczny w każdym geście i grymasie bohatera upór wydaje się tożsamy z zawziętością samego Leauda walczącego o to, by przedłużyć swój ekranowy żywot i stworzyć jeszcze jedną wielką kreację. Nie ma wątpliwości, że wysiłek Francuza – funkcjonującego w ostatnich latach w aktorskim niebycie – zaowocował zagraniem przez niego jednej z najlepszych ról w karierze. Umarł Ludwik XIV, niech żyje Jean-Pierre Leaud!
★★★★★

You can leave a response, or trackback from your own site.

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.

OceanFire