Spider-Man (2002) online hd

spider-man-2002-online-hdSpider-Man, Spider-Man, Does whatever a spider can Spins a web, any size Catches thieves, just like flies Look out! Here comes the Spider-man! Tę piosenkę zna chyba każdy miłośnik Człowieka Pająka. Rytmiczny, rock and rollowy utwór był tematem przewodnim niezwykle popularnego w latach 60. serialu telewizyjnego opowiadającego o przygodach Spider-Mana, a jego -covery- wykonywały takie sławy jak The Ramones, Apollo 440 i Aerosmith. Spider-Man fascynuje miłośników komiksu już od 40 lat. Po raz pierwszy bohater pojawił się na kartach podupadającego pisma Amazing Fantasy w roku 1962 i niemalże z dnia na dzień stał się postacią znaną w Ameryce. Magazyn nie splajtował, a znacznie się rozwinął i w roku 1963 pojawił się na rynku już pt. Amazing Spider-Man. Cztery lata później swoją premierę miał animowany serial opowiadający o przygodach Czowieka Pająka, którego współtwórcą był Ralph Bakshi, późniejszy autor rysunkowej adaptacji Władcy pierścieni. W 1977 r. powstał pełnometrażowy aktorski obraz zatytułowany The Amazing Spider-Man, w którym postać Petera Parkera wcielił się Nicholas Hammond. Rok później powstała jego kontynuacja zatytułowana Spider Man Strikes Back w reżyserii Rona Satlofa. W roku 2002 Człowiek Pająk doczekał się wreszcie swojej wysokobudżetowej kinowej adaptacji, przy której realizacji pracowały największe sławy Hollywood. Film ten, jak pewnie większość z Was już wie, w ciągu zaledwie jednego weekendu zarobił ponad 100 milionów dolarów i już dziś specjaliści od marketingu twierdzą, że będzie jednym z największych sukcesów komercyjnych tegorocznego lata. Historia Spider-Mana jest zapewne większości z was doskonale znana, ale gwoli przyzwoitości pozwolę ją sobie krótko przypomnieć. Człowiek Pająk w rzeczywistości nazywa się Peter Parker i w przeciwieństwie do wielu innych superbohaterów przez większą część życia był najzupełniej normalnym, wręcz przeciętnym chłopcem. Po wypadku w laboratorium, kiedy to został ukąszony przez: radioaktywnego (w komiksie) – zmienionego genetycznie (w filmie) pająka nasz bohater zyskał specjalne pajęcze umiejętności – zręczność, szybkość, zdolność chodzenia po ścianach oraz został obdarzony -pajęczym zmysłem- ostrzegającym go przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Po śmierci swojego wuja, który został zastrzelony przez bandytę, Parker, podobnie jak większość superbohaterów, postanowił wykorzystać swoją nadnaturalną moc aby walczyć z przestępcami i zapewnić bezpieczeństwo szarym obywatelom. W swojej 40-letniej karierze Parker walczył nie tylko ze zwyczajnymi rzezimieszkami, ale również z prawdziwymi -geniuszami zła- takimi jak Zielony Goblin, Venom, Carnage, Kingpin, Dr Octopus oraz Skorpion. Nigdy jednak nie przestał być człowiekiem, bohaterem dalekim od rzeczywistości, nierealnym. Spider-Man walczyć musiał bowiem nie tylko z przestępcami, ale również własnymi słabościami i osobistymi porażkami. Jego pierwsza ukochana Gwen Stacy zginęła podczas walki pomiędzy Człowiekiem Pająkiem i Zielonym Goblinem. Małżeństwo Parkera z Mary Jane pełne było konfliktów, których powodem była -zamaskowana- działalność bohatera. Oprócz tego cały czas prześladowało go poczucie winy z powodu śmierci wujka, za którą czuł się współodpowiedzialny. Spider-Man nie był przybyszem z innej planety, jak Superman, nie miał olbrzymiego majątku jak Batman, nie był również -maszyną do zabijania- jak Punisher. Był jednym z nas, postacią bliską, realną, z którą łatwo było się utożsamić i dlatego tak szybko zyskał ogromną popularność. Twórcy wchodzącego właśnie na nasze ekrany filmu stanęli zatem przed trudnym zadaniem. Musieli zrobić obraz, którego bohater byłby postacią obdarzoną niesamowitymi umiejętnościami, wręcz niewiarygodną, potrafiącą w pojedynkę rozprawić się z najgroźniejszymi przeciwnikami, a jednocześnie bardzo prawdziwą, realną. Moim zdaniem wywiązali się z tego zadania znakomicie. Spider-Man w przeciwieństwie do wielu innych komiksowych adaptacji ma w miarę solidny scenariusz. Fabuła poprowadzona jest tak, że każdy, nawet osoba, która nigdy w życiu nie słyszała o Człowieku Pająku dowie się jak doszło do tego, iż Parker stał się superbohaterem i pozna jego pierwsze kroki w tym -zawodzie-. Zobaczymy zatem Petera projektującego swój kostium, będziemy świadkami jego pierwszego publicznego wystąpienia (jeszcze w dresie) oraz momentu narodzin słynnego pseudonimu, pod którym bohatera pozna cały świat. Fabuła jest spójna, obfituje zarówno w sceny trzymające w napięciu, jak i rozśmieszające nas do łez. Słowem film ogląda się nieźle, ale… Właśnie, jest jedno -ale-, które od kilku już lat powtarza się przy każdym kosztownym obrazie -made in Hollywood-. Pompatyczność niektórych scen i dialogów jest niekiedy nie do zniesienia. Tamtej nocy, kiedy myślałam, że zginę myślałam już tylko o jednym – mój Boże, juz nigdy nie zobaczę Petera Parkera – zwierza się w chwili szczerości głównemu bohaterowi Mary Jane, pamiętaj, wielka moc to wielka odpowiedzialność – ostrzega go wujek Ben. Jakby tego było mało w końcowej scenie Spider-Man pokazany zostaje na tle… łopoczącej na wietrze amerykańskiej flagi. Nie wiem, może Amerykanie, a pamiętajmy, że głównie do nich adresowany jest ten film, na takie rzeczy nie zwracają w ogóle uwagi, może nawet je lubią (oglądałem w USA Dzień niepodległości, a tam po seansie publika biła brawo), ale mnie one strasznie działają na nerwy. Gdyby ze Spider-Mana wyciąć ok. 15-20 minut takich dialogów to film byłby znacznie lepszy. Poirytowani będą zapewne hard core- owi Człowieka Pająka bowiem ekranizacja Sama Raimi w kilku miejscach rozmija się z komiksowym pierwowzorem. Przede wszystkim Spider-Man pozbawiony został pojemników, w których przechowywał swoją słynną pajęczynę. W filmie sieć jest tworem organicznym, a nie chemicznym, powstaje bezpośrednio w ciele bohatera i wydostaje się na zewnątrz przez otwory w skórze. Nie wszystkim spodoba się również ekranowy wizerunek Zielonego Goblina, który nosi plastikową, sztywną maskę przez co w każdej scenie wygląda identycznie. Może się czepiam, ale przyznam się szczerze, iż jako dziecko pasjonowałem się przygodami Petera Parkera, z zapartym tchem przeglądałem pożyczane od kolegów komiksy i żywię do tej postaci tak ogromny sentyment, że nie mogę obojętnie przejść obok tak -ewidentnych- 😉 niedociągnięć. Zostawmy już jednak scenariusz. Każdy, kto regularnie czyta moje recenzje wie, że do fabuły przywiązuję ogromną wagę, ale zdaję sobie sprawę, że w przypadku -letnich filmów-, a do takich zalicza się bez wątpienia Spider-Man, treść nie jest najważniejsza. Przejdźmy więc do aktorów, z których większośc -odwaliła- na planie Człowieka Pająka kawał dobrej roboty. Tobey Maguire to urodzony Peter Parker. Niepozorny, nieśmiały, z wyglądu wręcz niegroźny, czyli dokładnie taki sam jak bohater znany z kart komiksu. Maguire doskonale pokazał transformację Petera z nieśmiałego chłopca w superbohatera, który wpierw chciał wykorzystać swoją moc do zarobienia pieniędzy na kupno samochodu, a dopiero później zdecydował się użyć jej do wyższych celów. Doskonale na ekranie wypadł również Willem Dafoe, który wcielił się w postać Normana Osborne-a, czyli Zielonego Goblina. Scena, w której bohater rozmawia ze swoim alter ego pokazującym mu się w lustrze jest fenomenalna. Szkoda jedynie, że przez prawie połowę filmu twarz aktora zakrywa sztywna plastikowa maska przez co widzowie nie mogą podziwiać jego niesamowitej mimiki. Wspaniały jest także J.K. Simmons w roli Jonaha Jamesona, redaktora naczelnego Daily Bugle, pisma, w którym pracuje Parker. Praktycznie każde pojawienie się Simmonsa na ekranie wywoływało wśród widzów salwy śmiechu i mam szczerą nadzieję, że zobaczymy go również w zapowiadanej już teraz drugiej części Spider-Mana. Bardzo przeciętnie wypadła natomiast Kirsten Dunst w roli Mary Jane. Jej kreacja była na tyle nie przekonująca, że przez cały seans zadawałem sobie pytanie – co ten Parker w niej widzi? Jednym z atutów Spider-Mana był dla mnie fakt, iż obraz ten wyreżyserował Sam Raimi, twórca niezłego cyklu horrorów Evil Dead oraz doskonałego Prostego planu. Człowiek Pająk miał być pierwszym tak kosztownym filmem w jego karierze i ciekaw byłem, jak poradzi on sobie na planie projektu, gdzie więcej mają do powiedzenia producenci niż reżyser. Teraz już wiem, że z powierzonego mu zadania Raimi wywiązał się znakomicie. Oglądając film widać wyraźnie, iż Raimi poświęcił masę czasu na przeczytanie komiksów opowiadających o przygodach Spider-Mana. Wiele scen wygląda, jak wyjęte z kart albumów – identyczne ujęcia, ruchy, gesty. Z całą pewnością takie smaczki sprawią ogromną radość miłośnikom komiksowej sztuki. Oglądając film można również spostrzec inspiracje Matrixem oraz filmami karate rodem z Hong Kongu, ale tego rodzaju odwołania są od jakiegoś czasu niezwykle modne w światowym kinie. Rozpisałem się straszliwie, zatem najwyższy czas już kończyć. Wspomnę jeszcze tylko o muzyce autorstwa Danny-ego Elfmana, która w przeciwieństwie do wcześniejszych kompozycji tego znakomitego artysty jest bardzo, ale to bardzo przeciętna. W trakcie seansu praktycznie nie zwraca się na nią uwagi, a po wyjściu z kina nie jesteśmy nawet w stanie powiedzieć czy była dobra, czy zła. Po prostu jej nie pamiętamy. Spider-Mana mimo kilku niedociągnięć ogląda się jednak bez znudzenia i z dużym zaangażowaniem. Jest to pierwsza od kilku lat solidna ekranizacja komiksu, która może nie dorównuje wzorcowemu Batmanowi Burtona, ale przynajmniej usiłuje trzymać podobny poziom. Moim zdaniem warto zobaczyć. Is he strong? Listen, Bud! He-s got radioactive blood. Can he swing from a thread? Take a look overhead. Hey there, there goes the Spider-man!
★★★★

You can leave a response, or trackback from your own site.

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.

OceanFire