We Are Your Friends (2015) online hd

we-are-your-friends-2015-online-hdJednemu w duszy gra Czajkowski, innemu Rihanna, jeszcze inni przenoszą góry przy akompaniamencie chrześcijańskiego rapu. Tych, którzy nie znaleźli w sercu miejsca dla poetów muzyki elektronicznej w rodzaju Fake Blood, Justice czy Carnage, czeka droga krzyżowa w rytmie electro house’u. Trwonimy przy podobnych okazjach frazę, że wiele zależy od tolerancji na ten czy na inny rodzaj muzyki. Cóż, podczas seansu „We Are Your Friends” zależy od niej wszystko.

Weźmy Emily Ratajkowski – modelkę i gwiazdę Instagrama, która gra w filmie drugie skrzypce. To amatorka, w dodatku pracująca z przeciętnym reżyserem nad marnym tekstem. A jednak trudno wyobrazić sobie odpowiedniejszą muzę całej kultury klubowej. Scena, w której zażywa ecstasy i wozi się z Zakiem Efronem po mieście, ma w sobie nieprawdopodobną narracyjną energię, jest stylistyczną wizytówką całości: to feeria barw, świateł i faktur, wizualnych pasaży i powidoków. Podobnie jak ta, w której kolażowa zbitka obrazów wyjaśnia nam biologiczne reakcje towarzyszące tanecznej ekstazie. Albo jeszcze inna, w której bohater odwiedza galerię sztuki po zażyciu PCP, a obrazy – niczym w „Żółtej łodzi podwodnej” albo rotoskopowych animacjach – wypływają z ram i oblepiają gości. Poetyka filmu wynika w dużej mierze z muzycznych fascynacji reżysera i jest to niepodrabialna wartość: będą tacy, którzy zakochają się od pierwszego akordu.

Wszystkie te odloty łączy sztampowa opowiastka o aspirującym didżeju, Cole’u (Efron). Chłopak upadla się wraz z paczką zblazowanych kumpli, ale jego ambicje wykraczają daleko poza imprezowanie oraz pracę dla ubezpieczeniowego oszusta (Jon Bernthal). Szansą okaże się przyjaźń z legendą sceny klubowej, Jamesem (Wes Bentley). Przeszkodą – dziewczyna Jamesa, Sophie (Ratajkowski), która szybko przesłoni bohaterowi cały świat. Trochę w tym wszystkim kina inicjacyjnego, trochę „Rocky’ego” w wersji na mikser i gramofony, najwięcej – wideoklipu. Nihil novi sub sole.

Wątki poboczne rozchodzą się w szwach, eskalacja napięcia w miłosnym trójkącie nadchodzi zbyt szybko, a postaci napisano na kolanie. Musi znaleźć się wśród nich zarówno agresywny samiec alfa, jak i zakompleksiony intelektualista oraz wrażliwy piękniś w kapeluszu. Cole – jak to everyman – łączy w sobie ich zalety i słabości, wyrasta na rzecznika zbłąkanej kalifornijskiej młodzieży. Będę jednak bronił tego uproszczonego rysunku i samego reżysera – w przeciwieństwie choćby do Douga Ellina, twórcy niedawnej kinowej „Ekipy”, Max Joseph pokazał przynajmniej, że wybierając zarówno hedonizm, jak i ścieżkę „ku światłu”, z czegoś rezygnujemy. Debiutujący za kamerą pełnometrażowej fabuły twórca był wcześniej gwiazdą programu „Catfish” na MTV, w którym kontaktował randkowiczów poznających się w sieci – nierzadko kłamiących na temat swoich zamiarów czy tożsamości. Widać w jego filmie podobny rodzaj troski: to lojalność i szczerość okazują się najwznioślejszymi z uczuć.

Ambicje naświetlenia procesu twórczego ograniczają się tu do paru złotych rad, których wypalony James udziela rozentuzjazmowanemu Cole’owi. Kiedy jednak chłopak zaczyna wsłuchiwać się w przyrodę, a ściana dźwięków rozpada się na intrygujące sample, reżyser odnosi częściowy sukces. Refleksja o konieczności poszukiwania własnego języka brzmi szczerze i powinna stanowić credo każdego artysty. Joseph taki język znalazł. Teraz musi się go tylko nauczyć.

You can skip to the end and leave a response. Pinging is currently not allowed.

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.

OceanFire