Więzień labiryntu (2014) online hd

wiezien-labiryntuWięzień labiryntu” już od pierwszego zwiastuna nie napawał mnie zbytnim optymizmem. Nie pomógł też fakt, że produkcja mało doświadczonego w rzemiośle reżyserskim Wesa Balla (twórcy dwóch krótkometrażówek, mianowicie „A Work in Progress” oraz „Ruin”) jest kolejną ekranizacją powieści przeznaczonej dla nastolatków pod tym samym tytułem, autorstwa Jamesa Dashnera. Przypominając sobie sceny z wypuszczonego przez twórców trailera, przed oczami stanęły mi inne obrazy opatrzone szyldem: „Adaptacje bestsellerowych książek dedykowanych dla młodzieży”. Nasunęły mi się skojarzenia z serią „Igrzyska śmierci”, „Niezgodną” czy nawet „Dawcą pamięci”. Nie mam nic przeciwko ekranizacjom ciekawych powieści, ale ile razy można powtarzać w kółko ten sam schemat zmieniając nieco świat przedstawiony? Szczęśliwie powzięta przeze mnie opinia okazała się bardzo niesłuszna, a nawet krzywdząca, bowiem Wes Ball zaoferował kinomanom niebezpieczną oraz pełną napięcia podróż w głąb intrygującego, lecz zarazem zabójczego labiryntu, z którego wraz z bohaterami produkcji podejmiemy się próby ucieczki.

Wyobraźcie sobie, że nagle zostajecie wyrwani ze snu na skutek rosnącego hałasu oraz podskakującej i trzęsącej się podłogi. Oszołomieni rozglądacie się dookoła, próbując przypomnieć sobie ostatnie wydarzenia. Niestety w głowie macie czarną dziurę – dosłownie brak jakichkolwiek wspomnień, tak jakby Wasze wcześniejsze życie w ogóle nie istniało. Spowici ciemnością, zamknięci w małej metalowej klatce pędzącej z dużą prędkością ku górze – coś na wzór windy – z przerażeniem w oczach i łomoczącym sercem, podejmujecie się desperackiej próby ucieczki ze swojego więzienia. Nim jednak udaje Wam się coś zaradzić na zaistniałą sytuację, oślepia Was snop światła, który wdarł się przez otwartą przed momentem klapę. Chwilę później widzicie grupkę śmiejących się nastolatków. Zdezorientowani próbujecie uciec, gdy nagle uświadamiacie sobie, że znaleźliście się na niewielkiej polanie otoczonej ze wszystkich stron wysokim murem, bez szansy na jakąkolwiek ucieczkę.

„Więzień labiryntu” cechuje się naprawdę intrygującą oraz ciekawą fabułą, która odmiennie od dzieł typu „Igrzyska śmierci” lub „Niezgodna”, porzuca ideę dystopijnego społeczeństwa, na rzecz ukazania nierównej walki pomiędzy garstką młodych chłopaków a nieznanym niebezpieczeństwem, czającym się w spowitych mrokiem korytarzach labiryntu. Historia koncentruje się na przedstawieniu widzom grupki nastolatków tworzących osadę, tak zwaną Strefę, umieszczoną na polanie, prawdopodobnie gdzieś pośrodku ogromnego labiryntu. Opowieść rozkręca się bardzo powoli. Początkowo poznajemy szczątkowe informacje na temat rzeczywistości, w której przyszło żyć bohaterom – na przykład zasady panujące w Strefie – oraz przyglądamy się bliżej niektórym protagonistom zamieszkującym osadę. Chociaż z pozoru historia wydaje się mało zróżnicowana oraz nieskomplikowana, to w miarę rozwoju akcji opowieść staje się coraz bardziej zawiła, przede wszystkim dochodzą nowe wątki (między innymi poznajemy skrywane przez labirynt tajemnice oraz przeszłość wybranych głównych bohaterów), jak również zaskakująca i nieszablonowa. Już od samego początku filmu twórcom udaje się przykuć uwagę widzów – serwują nam jedynie strzępki informacji. Nie wiemy kim są bohaterowie, dlaczego zostali zamknięci w ogromnym labiryncie, w jakim celu do Strefy przysyłani są regularnie nowi nastolatkowie oraz kto wymazał im pamięć, a co najważniejsze, czy istnieje z tego „więzienia” jakaś droga ucieczka. Twórcy niechętnie odsłaniają przed widzami karty uknutej przez nich intrygi, dzięki czemu opowieść o Thomasie (główny protagonista obrazu) niesamowicie wciąga oraz trzyma w napięciu aż do samego finału produkcji. Jednak mylicie się, jeśli myślicie, że podczas zakończenia będzie świadkami rozwiązania wszystkich wątków oraz filmowych niejasności. Nic z tych rzeczy. Twórcy zachowują asa w rękawie na kolejną część, skutecznie wzmagając kinomanom apetyt na ekranizację drugiej powieści cyklu Jamesa Dashnera. Tak więc historia jest nieprzewidywalna oraz niezwykle „świeża” w porównaniu do ostatnio wydanych obrazów dla młodzieży, które uparcie eksploatowały ten sam temat. Niestety nie udało się scenarzystom uniknąć kilku uproszczeń, które skutecznie spłycają opowiedzianą w książce przygodę. Dodatkowo należy wspomnieć, że dla niektórych, bardziej niecierpliwych lub nastawionych na akcję widzów, „Więzień labiryntu” będzie zwyczajnie przegadany, ponieważ w pierwszej połowie filmu będziecie mogli podziwiać tylko jedną widowiskową scenę. Im bliżej napisów końcowych, tym więcej sekwencji akcji, jednak przyznam się, że liczyłem na coś więcej. Mimo wszystko scenariusz pierwszej części cyklu Dashnera stanowi solidny fundament pod kolejne ekranizacje książek z rzeczonej serii.

„Więzień labiryntu” jest dość wierną kopią papierowego pierwowzoru – przynajmniej do połowy produkcji. Zarówno najważniejsze wydarzenia z książki, jak i główni bohaterowie zostali odwzorowani bez większych problemów i wpadek ze strony producentów. Niemniej twórcy pominęli w ekranizacji kilka mniej istotnych wątków, bądź też zmienili kolejność niektórych wydarzeń. Ponadto im bliżej napisów końcowych tym więcej pojawia się niezgodności z powieścią. Wystarczy tutaj wspomnieć samo zakończenie, które w niewielkim stopniu pokrywa się z tym, co mogliśmy wyczytać na stronach książki Dashnera. Bardzo mnie ciekawi, jak twórcy wybrną z obranego przez siebie rozwiązania, które w znaczący sposób wpłynie na dalszy rozwój fabuły. Wracając jednak do tematu… Z jednej strony pewne odstępstwa od książki są zawsze mile widziane, ponieważ nawet najzagorzalsi fani oryginału nie będą ziewać z nudów, tylko z zainteresowaniem śledzić poczynania bohaterów. Z drugiej strony ortodoksyjni zwolennicy powieści będę rozczarowani znaczącymi zmianami, szczególnie w końcówce filmu.

Więzień labiryntu” posiada przyzwoitą oprawę audiowizualną. Efekty nie wgniatają w fotel, jak te z drugiej części trylogii Suzanne Collins (czyt. „Igrzyska Śmierci: W pierścieniu ognia„), lecz spełniają swoje zadanie uatrakcyjniając seans. Jednoznacznie należy pochwalić imponujący projekt labiryntu. Z jednej strony nieprzenikniony, intrygujący, mamiący swym pięknem, a z drugiej zdradliwy i niebezpieczny. Tak, projekt oraz pomysł samego labiryntu jest genialny i naprawdę zachwyca, tym bardziej żałuję, że tylko niewielka część produkcji dzieję się w jego wnętrzu, a nie na „okupowanej” przez bohaterów Strefie. Twórcy nie potrafili w pełni wykorzystać drzemiącego w zamyśle potencjału. Skoro i tak w paru aspektach postawili na własne rozwiązania niezgodne z książką, to mogli bardziej się wysilić i wymyślić kilka dynamicznych scen akcji związanych na przykład z unikaniem przez bohaterów rozstawionych w plątaninie korytarzy pułapek. Podniosłyby one tylko poziom filmu; stałby się bardziej widowiskowy, jednak nie ma co narzekać, gdy w dziele Wesa Balla zaczyna się coś dziać, jest efektownie i satysfakcjonująco. Na plus należy odnotować ponadprzeciętną animację zmutowanych oraz zrobotyzowanych pająkopodobnych stworów – dobra robota. W ramach ciekawostki dodam, że wygląd labiryntu wzorowany jest na wcześniejszym projekcie Wesa Balla pod tytułem „Ruin” – uderzające podobieństwo. Atutem filmu jest też muzyka Johna Paesano, który jak do tej pory nie miał szansy się niczym wykazać (produkcje typu „Kopciuszek: Roztańczona historia” czy „Epoka lodowcowa: Mamucia gwiazdka” mówią same za siebie). Bez dwóch zdań, podkreśla świetny klimat filmu.

Film nie zawodzi również pod względem aktorstwa, które stało na przyzwoitym poziomie. Spodziewałem się „drewnianej” obsady oraz pozbawionych iskry bohaterów, a otrzymałem stojącą na solidnym poziomie grę, jak również ciekawe postacie, które, mimo że były mało rozbudowane i często uosabiały jedną konkretną cechę charakteru – ze względu na konstrukcję książki (większość protagonistów straciła przecież pamięć – Dashner dopiero w kolejnych częściach swojego cyklu poświęca bohaterom więcej uwagi, rozbudowując tym samym ich portrety psychologiczne) – dały się polubić. Na pierwszy plan wysuwa się tytułowy „Więzień labiryntu” – Thomas, odgrywany przez Dylana O’Briena, oraz Gally – w jego rolę wciela się Will Poulter. Obaj byli przekonujący i naturalni, dzięki czemu film oglądało się jeszcze przyjemniej. Pierwszy z chłopaków to przykład typowego buntownika, któremu nie brak odwagi oraz pewności siebie. Drugi natomiast to trochę zarozumiały oraz wywyższający się ponad pozostałych nastolatek, negatywnie nastawiony do głównego bohatera obrazu. Reszta obsady stanowiła tło, chociaż znajduje się wśród nich kilka postaci z potencjałem (Teresa odgrywana przez Kayę Scodelario i Minho, w którego wciela się Ki Hong Lee), tak więc czekam na kolejne części z ich udziałem i mam nadzieję, że twórcy postanowią bardziej przybliżyć kinomanom bohaterów produkcji; bardziej rozbudować ich portrety psychologiczne.

„Więzień labiryntu” do dobry film rozrywkowy z elementami science fiction, który z pewnością znajdzie oddane grono fanów, nie tylko wśród zwolenników powieści Jamesa Dashnera. Polecam!

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.

OceanFire